To nie było tak, że któregoś dnia zapragnęłam wrócić do historii Lassie. Książka Erica Knighta, opowiadająca o pięknym collie, który przebył setki mil, żeby wrócić do swojej rodziny, trafiła w moje ręce kiedy robiłam porządek w mieszkaniu. Chciałam potraktować ją jak makulaturę, ale wystarczyły dwa zdania, żebym zmieniła zdanie.
To wydanie z lat siedemdziesiątych w tłumaczeniu Czesława Dembińskiego. Powieść czyta się sama. W nowych wersjach zagranicznych klasyków, od Jeffreya Archera po Ericha Marie Remarque, wyczuwam ograniczenia związane z przekładem, które objawiają się tworzeniem kalek językowych i używaniem słów nieadekwatnych do ukazanego środowiska. Tutaj tego nie ma.
Akcja książki dzieje się w angielskim hrabstwie Yorkshire. Mieszkańcy regionu słyną z hodowli psów rasowych. Wśród nich jest górnik Sam Carraclough. Wszyscy w okolicy znają go jako właściciela pięknego owczarka szkockiego o imieniu Lassie. Wiedzą też o przywiązaniu suczki do młodego Joego Carraclough. Lassie czeka na niego codziennie po południu przed szkołą. Kiedy kopalnia zostaje zamknięta, a ojciec Joego traci pracę, pies zostaje sprzedany bogatemu księciu.
Muszę przyznać, że wielokrotnie płakałam czytając tę książkę, a nawet jakiś czas po jej ukończeniu. Moje wzruszenie nie wynikało jednak stąd, że Lassie niedługo po wywiezieniu jej do zamku w Szkocji, wymknęła się z arystokratycznej posiadłości i skazała na niebezpieczną tułaczkę, ale z refleksji nad siłą więzi pomiędzy psem a człowiekiem.
Historia to jedno, a styl autora powieści – drugie. Eric Knight spędził dorosłe życie w Stanach Zjednoczonych, gdzie pracował jako dziennikarz, ale z pochodzenia była Anglikiem i do piętnastego roku życia mieszkał na wyspach brytyjskich. Stąd pewnie wrażenie, że książka, chociaż przedstawia angielskie relacje społeczne i niekiedy stanowi odbicie ironicznego angielskiego humoru, “musi być amerykańska”. bo przecież tylko Amerykanie są na tyle genialni, że są w stanie zajmująco pisać o rozciągającej się na prawie całą powieść wędrówce zwierzęcia i jego przypadkowych spotkaniach z człowiekiem. A do tego stworzyć jednocześnie pozytywne, zaskakujące i wiarygodne zakończenie.
“Lassie wróć” to książka dla wszystkich. Jeżeli nie masz psa, zaczniesz o nim marzyć. Jeżeli jesteś hodowcą collie, przeczytasz ją z jeszcze większą przyjemnością. Nie wiem, czy doczekam się owczarka szkockiego, ale już dzisiaj wiem, że w razie silnego przeziębienia chętnie zastosuję tą samą kurację, która postawiła na nogi Lassie, kiedy przybłąkała się po wielu miesiącach do domu z zapaleniem płuc. Jaką? Odpowiedzi szukajcie w książce.